sobota, 31 października 2015

Rozdział 7

TO SIĘ ZMIENI. kiedyś. może. Za kolejne 20 minut udało mi się znaleźć mój przyszły domek. Był piękny. Teraz już tylko wystarczy, że nie pomylę drzwi i ojciec mnie nie znajdzie. Chyba. A za kolejne 5 minut siedziałam na kanapie i zastanawiałam się nad swoim życiem.

Jej dom był bardzo duży. Z zewnątrz pomalowany biało-szarą farbą. Pomimo że farba zszarzała nadal wygląda to bardzo znośnie, a nawet ładnie. W środku panuje zupełnie inny klimat niż mogłoby się domyślać po jego murach widzianych z ulicy. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz pomyślałam: '' No super, cukierkowy wystrój pewnie, bo skoro dom biały?''. Jednak okazuje się że nie. Tamta farba to tylko przykrywka. Panuje kompletny brak cukierkowości. Pokój w którym obecnie się znajdowałam był pomalowany jasno fioletową farbą, meble były z pięknego i jasnego drewna, ale chyba przeżyły kilka udanych imprez. Na podłodze były wyłożone panele. W prawym rogu stała skórzana kanapa, koło niej jakiś stolik i dwa fotele. Pewnie takie centrum spotkań. Wnioskuje po puszkach po piwie. Telewizora nie było, co według mnie jest dobrym pomysłem dla pokoju dziennego do którego powinno przyjść się porozmawiać ze współlokatorami, a nie wpatrywać w telewizor. W pokoju, zaraz koło okna znalazł się fotel również z czarnej skóry, zapewne z tego samego zestawu co kanapa i pozostałe fotele. Koło niego stała WIELKA, po prostu olbrzymia, biblioteczka. Ciekawe przez ile czasu zbierała tę kolekcję. Mam nadzieję że będę mogła coś pożyczyć. Ona aż się prosi żeby zapoznać się z jej ''wnętrzem''. Po podziwianiu biblioteczki powróciłam również do podziwiania, ale ścian. Zauważyłam na ścianach kilka obrazów.
- No, tak. Przecież spowiadała mi się jak je kupowała.- Przypomniało mi się.
Było to kilka nie wielkich rozmiarów obrazków, ułożonych w jakąś dziwną kompozycje. Dopiero teraz zauważyłam, że salon i kuchnia są tak jakby ''połączone''. To znaczy nie dzielą je drzwi. Jest zrobione takie jakby przejście. Z kuchni można bezpośrednio przejść do salony, co właśnie zrobiła Sara.
- I jak Ci się, na razie, podoba?- Zapytała, podając mi do ręki szklankę z wodą.
- Dzięki. - Wzięłam łyka. - Jak na razie jest super. Myślę że tak zostanie do końca. Tutaj jest zrobione wszystko tak jakby projektowała to moja głowa i wyobraźnia. Zupełnie mój styl. I te kwiatki:

Są piękne. - Nie wiem czemu zaczęłam tak mówić. Może dlatego że to moje ulubione kwiaty? - Uwielbiam niebieskie róże, widzę że ty też je nawet lubisz?
- Lubię, nawet nawet ujdą.- Próbowała udawać poważną. - Jednak ja wole klasyczne, Czerwone.
- A to w sumie też są ładne. Zostanę chyba jednak przy niebieskich.
- Jak wolisz. Ej słuchaj. - Wyleciała nagle, po długiej przerwie od mówienia. - Zapomniałam na śmierć!
- O czym?!- Odkrzyknęłam wcinając się w słowo Sarce. Przestraszyła mnie dosyć mocno tym że czegoś zapomniała.
- Ja mam pracę, muszę tam być za 10 minut.
- Aa, No i czemu się tak przestraszyłaś?- Zapytałam już bardziej spokojnie.
- Nie obrazisz się jak Cie tu samą zostawię?
- Nie, no co ty? Czemu miała bym się obrażać?
- Nie wiem, ale to tak dla pewności. Słuchaj. - Mówiła ubierając buty. - Wrócę koło 23, weź ogarnij sobie coś do żarcia z lodówki, oglądnij sobie dom. No ogólnie wiesz rozgość się. Jak wrócę pójdziemy Ci ogarnąć jakiś wolny pokój. A i prośba z mojej strony. Nie wychodź z domu. Nowe miasto, w dodatku LA i do tego najbardziej ruchliwy pup na mieście za rogiem, to nie jest dobry pomysł pierwszego dnia.
- Spoko. - Odpowiedziałam i z niewiadomych powodów wzruszyłam ramionami. - Nie zamierzałam nigdzie wychodzić.
- Dobra, cześć. Jak coś to dzwon. - Krzyknęła jeszcze zanim wyszła.
- Będę pamiętać. Odkrzyknęłam, kiedy zamykała drzwi.

Muszę przyznać, że trochę bałam się zostać w tym dużym domu sama. Znam w nim tylko jedno pomieszczenie. A co jeśli się zgubię? Przecież to jest bardzo duży dom. To jest możliwe. Zresztą dziwię się jej troszkę. Zostawiła zupełnie obcą sobie osobą w swoim domu. Przecież mogła bym ją okraść czy coś takiego. Znamy się tylko przez internet, a ona mi zostawia dom swój. I swoją drogą ciekawi mnie też czy ona tu mieszka sama czy jeszcze z kimś. Miło by było takie rzeczy wiedzieć, w szczególności że jeżeli ktoś by teraz chciał wejść to policja zaraz by była zawiadamiana. W końcu nie wiem kto to by mógł być. Powinnam się jej o to zapytać, ale nie. NIE. Jak zwykle o jednej z ważniejszych rzeczy zapomniałam.

Rozmyślałam tak nad tym chyba jeszcze 15-20 minut. Trzeba przyznać, ta kanapa jest cholernie wygodna. Idzie się na niej rozsiąść i po prostu zacząć myśleć i zanurzać się w swoich rozmyślaniach, czego skutkiem może być spędzenie na niej swojego życia. Mi jednak udało się to moje myślenie zakończyć w miarę wcześnie i ogarnąć że jestem głodna. Poszłam do kuchni.


Było to nie wielkie pomieszczenie, pomalowane na biało z podłogą obłożoną płytkami. Również białymi. Przy ścianie stał mały stoliczek i po jego bokach krzesła. Na drugiej ścianie, przeciwnej do stoliczka, była postawiona zabudowa kuchenna. Wyglądało to bardzo ładnie, mój gust. Moim zdaniem o ile w pokojach powinna panować atmosfera jaką lubi właściciel, o tyle np:. w kuchni czy łazience powinno być jasno. Nie wiem czemu tak uważam, ale tak mam od małego. Chyba.


Z lodówki wzięłam sobie tylko małą sałatkę z fety i innych tym podobnych. Nałożyłam na miseczkę i zaczęłam chodzić po domu i zwiedzać. Stwierdziłam że najpierw pooglądam parter, a dopiero później pierwsze. Nie chciało mi się jeszcze po schodach wchodzić.


Pierwszym pomieszczeniem do jakie weszłam była mała łazienka. Była otrzymana w jednym kolorze- białym, z domieszkami czerwonego. To znaczy wszystko było białe, a jakieś małe elementy typu mydło, czy ręczniki były czerwone. Wyglądało to ślicznie.


Później zwiedziłam jeszcze na parterze spiżarkę, jakąś garderobę, składnie na iwo i alkohol, jakiś niczym nie wyróżniający się pokój i wielki system korytarzy, na końcu którego była jeszcze jedna łazienka.


Na górę prowadziły drewniane schody. Lekko skrzypiały kiedy się po nich wchodziło. Prowadziły one prosto do długiego, pomalowanego czerwoną farbą holu/korytarzu z którego było wejście do 10 pokoi, domyślam się że jakoś specjalnie duże one nie były. Chyba miałam rację mówiąc że mogę się zgubić w tym domu. Zaczęłam wchodzić do każdego po kolei. Najpierw były dwie łazienki, tak samo wyglądające jak ta na dole. Dokładnie te same elementy i wystrój. Dalej były zajebiste pokoje, ale jeden szczególnie przypadł mi do gustu. Ściany były pomalowane na fioletowo, ale jedna z nich była czarna. Domyślam się że pomalowana farbą tablicową, bo była popisana kredą. Na środku stało olbrzymie łóżko na którym leżała poskładana pościel z Batmann'em. Wiem bo logo jest na górze. Kocham tą pościel. Uprowadzę i zgwałcę. Obiecuję. Szczególnie do gusty mojego popadła komoda z ciemnego drewna ( zresztą jak wszystkie meble tam) na której stal duży wazon z wymieszanymi niebieskimi, czerwonymi i czarnymi różami. Zaraz obok komody były szklane drzwi. Prowadziły do własnej łazienki. Była ona trochę mniejsza niż poprzednie, wystrój też miała trochę inny. Oprócz samego białego, było tez trochę czarnego. Lustro również było dużo większe, zresztą tak jak wanna.


Te dwa pomieszczenia i salon najbardziej w całym domu mi się spodobały. Ze zdumieniem odkryłam że zwiedzanie całego domu zajęło mi prawie godzinę. A więc została tylko godzina do powrotu Sara'y. Stwierdziłam że przydało by się jej zrobić coś do jedzenia. Nie po to żeby się odwździęczyć za przyjęcie, chociaż dlatego też, tylko dlatego że jest mi też trochę głodno a skoro jestem u niej, z jej produktów i kasy to by się przydało żeby ona też coś zjadła.

*********************************************************************************
Witam Was. Rozdział w czasie. Chyba jest ze mną dobrze, bo ten rozdział pisałam w okolicach porannych i wyszedł nawet okej. No może gdyby nie to że większość rozdziały to opisy, to by było jeszcze lepiej. Mam nadzieję że Wam się spodobał. Postaram się już od następnego rozdziału wpleść kogoś nowego, ale nic nie obiecuję.

Proszem Was wszystkich tu obecnych o komentarz z tym co się Wam podobało co nie. Albo chociaż kropkę. Bez słów. Z anonima. To też jest dobre wyjście. Taak, kropki są zajebiste. Po proszę chociaż kropkę z anonima.

//ZmarłaBuntowniczka

sobota, 24 października 2015

Rozdział 6

W każdym razie, chwilę później byłam już na lotnisku, a godzinę później już siedziałam spokojna w samolocie. Teraz już nic nie może się popsuć. Co prawda, były drobne problemy z tym że nie chcieli mnie wpuścić, bo stwierdzili że musi być ze mną dorosły, ale udało się ich przekonać że jestem po osiemnastce.


Teraz już nic się nie zepsuje.Nic. Na pewno nie w samolocie.  Drzwi już są zamknięte. Nikt nie wejdzie, ani nie wejdzie. Coś złego może zdarzyć się dopiero w Los Angeles.


W samolocie siedziałam otoczona mężczyznami. No, nie żeby mi to przeszkadzało, ale fajnie by było móc pogadać z jakąś babką, a nie całe życie z facetami. Masakra.


Było ich czterech, każdy ubrany na czarno. Wszyscy miło uśmiechnięcie. Ja siedziałam koło okna, czyli oznaczało to że i tak musiałam siedzieć koło któregoś z nich. Wtedy stwierdziłam, że jednak los zaczyna się do mnie uśmiechać. Po mojej lewej siedział najprzystojniejsze z nich i miał na oko około 20 lat. Na przeciwko mnie siedział prawie-najprzystojniejszy, mógł mieć jakieś 30 lat, nie więcej.


Jako że czekał mnie jeszcze bardzo długi lot, bo jeszcze około 7 godzin, postanowiłam chwilkę się przespać, a później może z nimi pogadać. Może. MOŻE. Po chwili spałam. Taakk, wielki leń ze mnie. Spać podczas przygody życia.

- Hihehiheihe.- Obudziły mnie śmiechy. Dosyć głośne. No kurwa. Przecież oni tam nie są sami! Wtedy zorientowałam się z czego mogą się napierdalać. Spałam oparta o jednego z nich, pewnie dając pretekst do żartów typu: ''Oo, patrzcie lasia do niego zarywa'' albo '' Wiesz Stary, kiedy ślub'' i więcej tym podobnych.
- Ej. Przepraszam Cię, nie chciałam zasnąć na Tobie.- Jak kol wiek by to nie zabrzmiało. Patrzyli na mnie z niezrozumiałą miną. Najwyraźniej nie zrozumieli co powiedziałam. Może po angielsku spróbować? Nosz! Kurwa!- Zaklęłam w duchu.-   Przecież to wiadome że nie po polsku, cały czas rozmawiają po angielsku. Jestem tępa. - Ej. Przepraszam nie chciałam spać na Tobie. - Powiedziałam, ale tym razem po angielsku. Całe szczęście że całkiem dobrze rozumuje po angielsku.
- Ooo. To powiedziałaś. Wiesz my nie mówimy w ....- Zaciął się. Najwyraźniej zaczął się zastanawiać jaki to język.- W Twoim języku. Po prostu.
- Po polsku. Jestem polką.
- Można było się domyślić. Za ładna jesteś  żeby pochodzić skoś indziej. Polki są śliczne, ty nie jestes wyjątkiem. - Powiedział ten, na którym spałam.
- No dzięki. - Wysłałam mu uśmiech. - Nie jestem tego taka pewna, ale nie ważne. A tak w ogóle jestem Dylan. - Podałam im rękę i miło, a przynajmniej mam nadzieję, się uśmiechnęłam.
- No właśnie, gdzie nasze maniery?!- Zachichotał załóżmy że trzydziestolatek. Słodko się uśmiecha, ale i tak ten obok ładniej. - No wracając. Ja jestem Oliver. Ten ułom to Ashley, ten to Christian, a natomiast ten to Ronnie. Wiesz tak sobie podróżujemy odosobnieni od swoich ekip, więc tworzymy jedną nową i lecimy do LA. - Ejjejjj, czy ja się mu kazałam spowiadać. Mało mnie to co oni tu robią. Przecież i tak ich więcej nie spotkam. Po za tym chyba nie wyglądam na księdza?
- Miło poznać.- Uśmiechnęłam, się i liczyłam że nie będą chcieli kontynuować rozmowy. Byłam więcej niż pewne że w końcu spytają co tutaj robię albo coś podobnego. A po za tym chcę SPAĆ! Znowu.
- A tak w ogólne, to sorka bardzo za ciekawość, ale gdzie lecisz? - Zapytał ten najprzystojniejszy, tzn Oliver. Trzydziestolatek to był Ashley. Tak dla jasności.
- Do Los Angeles, tak jak wy. - Tylko nie pytajcie po co. Tylko nie po co. Proszęęe.
- A jeśli można, po co?- Prosiłam o coś? Pytanie zadał długowłosy chłopak o niebieskich oczach.
- No nie wiem, czy mogę o tym mówić. Ogólnie rzecz biorąc, spieprzam z kraju. Na chwilę obecną nie mogę nic więcej powiedzieć. - Prawie elegancko wybrnęłam z tej niezręcznej sytuacji. Na prawdę nie mogłam nic powiedzieć więcej, boję się że wypaplają i odwiozą mnie z powrotem do Polski. - Tylko nie wygadajcie nikomu, dobra?
- Spoko, nie bój się. Jedziesz na ślepo, czy koleżanka, rodzina? Może most? Albo jeszcze coś innego typu nie wiem. Czegoś. - Zrobił pół uśmiech.
- Tymczasowo koleżanka. Później praca i być może własne mieszkanie. No jeżeli w ogóle uda mi się pracę znaleźć. Bo jak nie i koleżanka się wkurwi i mnie wyrzuci to most, albo powrót. Wolałabym nie, ale możliwe wszystko.
- No racja. wszystko. - Odpowiedział Ronnie, który do tej pory siedział cicho.
- Ej, to ja mam pomysł. Daj zapiszę Ci mój numer. Jak nie będziesz mieć dachu nad głową to dzwoń, może akurat gdzieś będę. Zresztą w innych sytuacjach też dzwoń. Na przykład jak będziesz się chciała umówić. Powiedzmy do kina, czy gdzie kol wiek.
- No dobra, to masz. Trzymnij. pisz numer. - Podałam telefon. Wciąż przeraża mnie składnia tego zdania.
- Iiiiii już! - Powiedział ucieszony, jakby pierwszy raz w życiu miał w ręku jakiś telefon i to jeszcze na dodatek musiał wpisywać numer, którego nie znam. Ale, na szczęście znał. Przynajmniej mam już zabezpieczenie jakby wyrzuciła mnie z domu szybciej niż zakładam. Pewnie i tak nie będę dzwonić o pomoc, ale pogadać można.
- Okej, dzięki. Jak coś to będę może dzwonić.
- Nie może, tylko masz zadzwonić. - Powiedział z żartobliwym uśmieszkiem. Co prawda chciał chyba zrobić udawanego focha, ale no cóż, raz się może nie udać.
- Hehehhahhehehaah. - Zaczęłam się nieopanowanie śmiać kiedy zobaczyłam jedną rzecz, a mianowicie dwa ptaki. Ale nie takie zwykłe ptaki. One były bardzo duże, a w dodatku ostro gwałciły się na skrzydle. - Patrzcie. - Rozkazałam.
- Jak? - Pisnął Ronnie. Pisnął pewnie przez to że próbował opanować śmiech. No chyba że dopiero mutacje przechodzi. Zweryfikuje się to kiedy zacznie sie więcej odzywać,


Reszta podróży minęła nam bardzo miło. Dużo śmiechów i rozmów. Równie dużo co skarg składanych na nas przez jakieś starsze baby. Pożegnanie chwilę zajęło , bo prawie 15 minut, ale już po tym czasie każdy rozszedł się w swoje strony. Pech chciał że ja szłam w jedną stronę, a chłopki w piątkę w drugą. Szłam sama.W nowym mieście. Przecież na pewno nic mi się nie stanie. Ledwo nikogo nie znam. Ale kogo to obchodzi. Nawet po mnie nie przyszła. Ledwo pamiętałam adres. Tak, zwalę ten mój cały rozpierdol z głowy na nią. Tak, to jej wina że kompletnie nie orientuję się w terenie, ani życiu. TO SIĘ ZMIENI. kiedyś. może. Za kolejne 20 minut udało mi się znaleźć mój przyszły domek. Był piękny. Teraz już tylko wystarczy, że nie pomylę drzwi i ojciec mnie nie znajdzie. Chyba. A za kolejne 5 minut siedziałam na kanapie i zastanawiałam się nad swoim życiem.

środa, 21 października 2015

Rozdział 5

- Poczekaj chwilę. - Wstała.- Masz tu chusteczki. - Podała je. Dziwne że nie wstydziłem się przy niej płakać. - Ogarnij się troszkę. Zaraz gdzieś pójdziemy. Tylko napiszę do koleżanki żeby dzisiaj zadzwoniła chwilę później. - Powiedziała i wyszła. Ja w tym czasie próbowałem się uspokoić. Kiedy wróciła, nadal powstrzymywałem płacz. - Ruszaj tyłek. Idziemy.
- Gdzie idziemy? - Zapytałem kiedy wyszliśmy z domu.
- Do Emily. Serio sądziłeś że odpuszczę jej coś takiego? Jeśli tak to się mylisz.
- Ej, ale nie. Ja nie chcę jej robić awantury. Ja ją kocham tak? Chcę żeby była szczęśliwa. Jak nie ze mną to z kimś innym.
- No tak. Ty ja kochasz. Ja nie. Ja nie mogę powiedzieć nawet że ją lubię. Bo nie lubię. Dlatego jeśli chcesz to zostań. Ja idę jej zrobić wojnę.Czy z Twoim pozwoleniem czy bez.
- Dobra, chcesz rób. Ale idę z Tobą.
- Chcesz idź. - Wzruszyła ramionami.
Przez większość drogi obydwoje milczeliśmy. Moim zdaniem nie była to jakaś ''wymuszona'' cisza, tylko taka jakby naturalna. Po prostu nie chcieliśmy rozmawiać.
- Wyjeżdżam o 23.Musimy się pożegnać jakoś do , bo wiesz odprawa i to wszystko, więc musze być wcześniej.
- To jednak jedziesz?- Przytaknęła smętnie. - Rozumiem że nie chcesz już z nim mieszkać. Po tym wszystkim. - Przerywałem co chwilę. - Ale. Czy  nie ma? Jakiegoś innego, no wiesz. Wyjścia?
- Szczerze, to nie wiem. Może i jest, ale chcę być jak najdalej od tego miejsca. Nie bój się, będę dzwonić. Dalej będziemy się przyjaźnić. Tylko że na odległość. - Ulżyło mi kiedy to powiedziała. Najbardziej ze wszystkiego ceniłem sobie naszą przyjaźń.
- No dobrze. Widzę że nie uda mi się Ciebie przekonać?- Zrobiłem minę zbitego szczeniaka.
- Niestety. - Mina nie podziałała.

Po dziesięciu minutach byliśmy już przed domem Emily. Chwilę się naradziliśmy i ustaliliśmy że razem zadzwonimy, i że ja zaczną temat. A jak coś to wkroczy Dylan. Po kolejnej chwili nacisnąłem dzwonek. Otworzyła mi.
- Ooo, hej Skarbie. - Chciała mnie pocałować. Odwróciłem głowę. Nie chcę żeby jej cudowne, zawsze miękkie, truskawkowe usta mnie rozproszyły. Tak, rozmarzyłem się trochę. 
- Masz mi coś do powiedzenia? - Zapytałem, starając się aby mój głos brzmiał jak najbardziej spokojnie i poważnie.
- Ale jak to? Do czego ja Ci się mam niby przyznawać? - Kłamała jak z nut, Ździra jedna. Widziałem kontem oka że nerwy puszczają już tak trochę Dylan. Jeszcze chwila i n nią wyskoczy z pazurami. Dosłownie. Ma długie paznokcie, który ja pieszczotliwie nazywam szponami. No co? Na prawdę są długie,
- Może do zdrady? - Narzuciła temat Dy. Chciała podpuścić Emi do przyznania się. Wydaje mi się że jednak moja była zna za dobrze sztuczki mojej przyjaciółki.
- Jakiej zdrady? Przecież ja Cię nie zdradziłam!
- Serio? To czemu teraz się bronisz i krzyczysz? Po za tym chyba wiem co widziałem, Nie prawdasz?
- No to chyba ślepy jesteś.
- Jednak nie. Nie jestem. - Zacząłem z spokojnego i poważnego głosu przechodzić w coraz bardziej wściekły i piskliwy. - Dokładnie widziałem jak obmacywałaś się z tamtym typem. Chyba sobie tego, kurwa mać, nie wymyśliłem?!
- No dobra, nie wymyśliłeś. Ale co ty mi możesz zrobić?
- Niby nic.- Wzruszyłem cynicznie ramionami.- Ale pamiętaj żeby nie przychodzić do mnie jak kolejnego psa Ci ktoś potrąci. - Dodałem po chwili z uśmiecham pod nosem. Wtedy stwierdziłem że już mi wystarczy. Całą moją złość przelałem na tą szmatę, teraz został tylko smutek. W dodatku muszę pożegnać się już z Dylan. Kurwaa. Ale mi jej będzie brakować. Z kim ja teraz będę pił? Kto będzie mi teraz pomagać w trudnych chwilach? Z kim ja będę przypały robić?Z kim ona będzie mogła się spotkać jeżeli depresja znowu wróci?
- Ej, to chyba już pora. Znaczy wiesz. Pora się żegnać. Jesteśmy już u mnie pod domem. - Rysowała kółka na ziemi nogą. - No to wiesz, Cześć. Jesteś najlepszym przyjacielem jakiego miałam. - Powiedziała. - I mam. - Dodała po chwili namysłu.- Będzie mi Ciebie brakować. - Przytuliła się. Również ją objąłem, najmocniej jak mogłem.
- No to nie wyjeżdżaj.
- Muszę, wiesz że muszę. Będę pisać obiecuję.
- No dobrze. - Zaczęliśmy rozluźniać uścisk. Po chwili staliśmy, trochę nie zręcznie, na przeciwko siebie. Powiedzieliśmy sobie jeszcze tylko krótkie ''Cześć'' i każdy udał się w swoją stronę. Co chwilę odwracaliśmy się patrząc czy ten drugi osobnik też się patrzy. I patrzył. W końcu zniknąłem za zakrętem. Nie widziałem już co ona robi.


Wiem tyle, że było to najboleśniejsze pożegnanie jakie przeżyłem.


-------------------------------------------Dylan------------------------------------------------------------------
Takk, właśnie. Pożegnałam się teraz z Davidem. Szczerze myślałam że będzie dużo gorzej. To jednak w cale nie oznacza ze to było łatwe. Wręcz przeciwnie, było cholernie trudne.

Godzina 21.14
No wreszcie. Dzwoni.
- Noo, Witam.- Powiedziałam. Odpowiedziała tym samym,- Ej, bo wiesz jest sprawa.- Pokazałam gestem ręki abym kontynuowała. Odpowiedzieć nie mogła. Miała usta wypchane jakąś sałatką. - Otóż, ojciec znowu no wiesz.
- Znowu?!- Wykrzyknęła z takim zaskoczeniem, że prawie udusiła się tym żarciem dla króliko-podobnych.
- Tak.
- Ej, no kurwa. - Weszła mi w słowo, innym jakże nie cenzuralnym słowem. Tak udawajmy że ja takiego nie używam. - Nie myślałaś o wyprowadzce?
- No wł...- Przerwała mi znowu.
- Mam wolna chatę. Przyjeżdżaj jeśli chcesz. Czynsz jest niski, podzielimy się po połowie. A wiesz żarcie itp. to się obgada. I co ty na to?
- Wiesz, jestem dosyć zaskoczona, że mi to proponujesz, aczkolwiek - Taa. Używam trudnych słów. - Chciałam Cię właśnie o to prosić.
- Tak? Na prawdę? To zajebiście. Wsiadaj w samolot i przyjeżdżaj.
- Właściwie chyba przylatuj. - Pokręciła głową na znak że nie ważne. - Jeśli mam zdążyć na następny samolot, muszę kończyć.
- Okay, to pa. Idę pokój ogarnąć. - Nie zdążyłam odpowiedzieć. Rozłączyła się. Tak po prostu.


Kurdee, zaskoczyła mnie jej reakcja. Nie widziała mnie nigdy, a tak otwarcie zaproponowała mieszkanie. I to jeszcze za połowę czynszu. Może jednak na tym świecie istnieją dobrzy ludzie, a nie tylko ich pozory?


W każdym razie, chwilę później byłam już na lotnisku, a godzinę później już siedziałam spokojna w samolocie. Teraz już nic nie może się popsuć. Co prawda, były drobne problemy z tym że nie chcieli mnie wpuścić, bo stwierdzili że musi być ze mną dorosły, ale udało się ich przekonać że jestem po osiemnastce.


Teraz już nic się nie zepsuje.

********************************************************************************
Wstawiłam, tak jak obiecałam. Brava poproszę. :D

Do następnego :*

//ZmarłaBuntowniczka

niedziela, 18 października 2015

Rozdział 4

Wielkie PRZEPRASZAM że spóźniony. Prawie tydzień. Poprawię się. Obiecuję.  
-----------------------------------------------------------------------------------------------------

Doszłam do domu. W sumie nie wiem czy mogę nadal to miejsce nazywać domem. Po takich rzeczach które mi się tak wydarzyły? No nie wiem.


Weszłam. Ojca chyba nie ma. Albo jest u siebie. W tym momencie podjęłam jedną bardzo ważną decyzje. Być może miała ona zmienić moje życie? A co będzie jak je faktycznie zmieni, ale na gorsze?No nie wiem.


Jest 12 rano, a ja wyglądam jak nieogarnięty niedorozwój. Idę się wykąpać. Zmyje z siebie te wszystkie wydarzenia, między innymi wydarzenia dnia wczorajszego. O ile to możliwe. No, ale przynajmniej uda mi się zmyć zapach Stolarni. To znaczy zapach fajek, kota pomieszany z zapachem alkoholu. Może nie brzmi to za dobrze, ale pachnie nawet okay. Jest to dość ciężki zapach, ale idzie się do niego szybko przyzwyczaić. Jedynym minusem jest że wchłania się we włosy. I trzeba z 2-3 razy umyć je dokładnie.


Poszłam cichutko do swojego pokoju. Jeśli gdzieś tam był ten drań, nie miałam najmniejszej ochoty go spotkać. Chyba nie muszę tłumaczyć czemu. Wzięłam świeże ubrania i bieliznę. Po chwili byłam już w łazience.

Było to nie duże pomieszczenie, na oko jakieś 2mx3m kwadratowe. Na ścianach i podłodze były wyłożone białe kafelki. Większość miejsca w tym pomieszczeniu zajmowała narożna wanna, przed którą leży mały, błękitny dywanik pamiętający jeszcze czasy kiedy mama nie miała mnie gdzieś. Zawsze klękała na nim kiedy bawiła się zemną w wodzie małą, żółciutką kaczuszką z czerwonym kapelusikiem.Zawsze próbowałam go zjeść, wyglądał jak jakiś mały, chyba, truskawkowy cukierek. Nie smakował dobrze. Zaraz na przeciwko wanny jest umywalka a nad nią moje ulubione lustro w całym domu. Ulubione bo jest wielkie. I jeszcze nie pękło pod ciężarem mojej brzydoty. Drzwi są szklane i przezroczyste. Głównie dlatego że przed tym zanim mój ojciec stał się starym zboczeńcem nie mieliśmy przed sobą tajemnic, nawet dotyczących ciała. Co prawda ja będąc dzieckiem nie miałam z tym kłopotu. Kłopot zaczął się gdy zaczęłam dorastać. Czułam się nie komfortowo kiedy na przykład: goliłam pewne miejsca, a ojciec przechodził obok drzwi i się patrzył, chociaż przez chwilę. Jeszcze gorzej było kiedy nadszedł wiek w którym zaczęła mnie nachodzić potrzeba rozładowania napięcia seksualnego. Miej więcej w wieku 14 lat zaczęłam kombinować jak zasłaniać te drzwi. Kiedy znalazłam swój sposób na to, mogłam robić w łazience to na co mam ochotę.

Przez te drzwi mam mocno zrytą głowę. Nie zliczę ile razy widziałam penisa własnego ojca. W zwodzie też! Tak to przez te drzwi przez które było wszystko widać.

Dokładnie się umyłam. Pozbyłam się tego zapachu. Brava dla mnie. Wyszłam i owinęłam się ręcznikiem. Wzięłam się za suszenie swoich kasztanowych włosów. Po skończeniu tej czynności, wzięłam się za mycie twarzy i zębów. Następnie makijaż i ubranie. Kiedy skończyłam była już 13. Chwilę mi to zajęło. Udałam się do swojego pokoju. Było to nie wielkie pomieszczenie, pomalowane fioletową farbą. Meble były z ciemnego drewna. Miały już około 15 lat. Na środku było ulubione miejsce Dylan z całego domu. Łóżko. Od razu po wejściu rzuciła się na nie. Wtuliła się w poduszkę, chciała zacząć płakać. Jednak powstrzymywała się z całych sił, aby jednak tego nie zrobić.

Zasnęła. Obudziła się koło 16. Od razu zaczęła myśleć o swoim cudownym pomyśle. Zaczęła się zastanawiać, czy ktoś z jej rodziny nie mieszka może za granicą. Nikt z rodziny się nie przypomniał. Jednak zaświtał jej w głowie pomysł. Ma znajomą która mieszka za granicą. Sama. Bez rodziny, znajomych. Nawet bez swojego chłopaka. Do tego mieszka w LA. Jej ulubionym mieście. Może gdyby do niej wieczorem zadzwoniła i zapytała czy może przyjechać. Opowie wszystko co się ostatnio wydarzyło. W końcu ona i tak wie wszystko co u niej się dzieje, a Dylan wszystko co u koleżanki. Może czas przestać nazywać ją koleżanką, a zacząć przyjaciółką? Bo skoro wie o wszystkim to czemu nie?

Postanowiła ruszyć swój tyłek i spakować kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Wzięła swoją największą torbę, bo walizki w chwili obecnej nie miała. Spakowała 4 swoje ulubione koszulki, jedną koszulę, parę spodni długich i parę krótkich, jedną koszulę flanelową, kilka sztuk bielizny. Czyli właściwie większość swojej szafy. Do tego wsadziła kosmetyczkę, a do kosmetyczki kilka podpasek, szczoteczkę, pastę, coś żeby zrobić jakiś tam makijaż i ładowarkę do telefonu. Zostało jej jeszcze troszeczkę miejsca. Postanowiła spakować jeszcze jedną bluzkę, parę spodenek i swoją ulubioną książkę ''Mały książę''. Teraz już jest torba pełna. Wystarczy jeszcze rozbić świnkę skarbonkę. Było niej w grubych pieniądzach 450 złotych i w drobnych 50 złoty, czyli w sumie nie tak mało. Starczy na bilet i jakieś jedzenie.

Po spakowaniu się poszła przeszukać ostrożnie dom. Na szczęście (jej) nikogo nie znalazła. Dom był pusty. Poszła do pokoju ojca i kiedyś też matki. Chciała znaleźć w nim jakieś dodatkowe fundusze. Wiedziała że to chamskie i karalne, ale przecież gwałty też są karalne. Ta myśl trzymała ją przy pomyśle ucieczki z domu. W szufladzie z ubraniami, znalazła starą skarpetkę z pieniędzmi. Stefan od zawsze trzymał jakie kol wiek pieniądze w tym miejscu. W środku znajdowało się około 500 złoty. Wzięła dokładnie połowę z tego. Chciała aby zostało mu po  niej chociaż te 250 złoty i żeby miał za co kupić jedzenie. No chyba że to przepije.

Czuła się dobrze, nawet bardzo. Jej plan jak na razie szedł bardzo dobrze. Miała całkiem sporo pieniędzy, spakowane rzeczy i nawet wiedziała który samolot leci pierwszy. Pozostało tylko jedno. Uzyskać miejsce gdzie mogłaby zamieszkać. Nawet to może się za nie długo spełnić. W końcu była już prawie 20, a jej koleżanka zwykle pisze koło 21.


Czekając na tę tak wyczekiwaną godzinę, stwierdziła że poczyta po raz setny tą samą książkę, czyli ''Małego Księcia''. Zdążyła tylko otworzyć książkę, jak do jej pokoju wpadł David.
- Ej! Jesteś jeszcze! To zajebiście. - Krzyczał zdyszany.
- Jestem, jestem. Co się dzieje?- Zapytała z przy mrożonymi oczami. David usiadł na łóżku, minę miał nie specjalnie zadowoloną. Był smutny, bardzo. - Ejj. Co Ci jest? W takim złym humorze dawno nie byłeś.
- Emi mnie zdradza. A raczej zdradzała.
- Co? Zatłukę szmatę. Jak się dowiedziałeś, kiedy?
- Dzisiaj. Przed chwilą. Stwierdziłem że przejdę się do niej i pójdziemy gdzieś, a zamiast tego zobaczyłem jak się prawie nago obmacuje z jakimś chłopakiem.

---------------------------------------------------------David----------------------------------------------------------
Szmata. Ździra jebana. Czy już żadna dziewczyna nie zdradza? Czuję się jak ostatni debil. Czuję sie źle. Czuję się po prostu okropnie. Co jest ze mną nie tak że każda moja dziewczyna którą kocham jak debil musi mnie skrzywdzić.
- A to szmata jebana. Rozumiem, jest Ci teraz źle, ciężko. Wiem jak ją kochałeś. A ona takie coś zrobiła. - Mówiła najmilej jak mogła. - Chcesz się przytulic do swojej przyjaciółki?- Pokiwałem głową.
- Tak. - Wyszeptałem. Gdybym powiedział głośniej, rozpłakał bym się. Wstała i usiadła mi na kolanach. Objęła mnie, a ja ją. Wtuliłem się w jej ciało i czułem jak ona wtula się w moje. Nie mogłem już wytrzymać. Pierwsza łza poleciała mi po policzku. Następne już leciały w miarę regularnie. Dylan kiedy zorientowała się że płaczę przytuliła mnie jeszcze mocniej.
- Poczekaj chwilę. - Wstała.- Masz tu chusteczki. - Podała je. Dziwne że nie wstydziłem się przy niej płakać. - Ogarnij się troszkę. Zaraz gdzieś pójdziemy. Tylko napiszę do koleżanki żeby dzisiaj zadzwoniła chwilę później. - Powiedziała i wyszła. Ja w tym czasie próbowałem się uspokoić. Kiedy wróciła, nadal powstrzymywałem płacz. - Ruszaj tyłek. Idziemy.
- Gdzie idziemy? - Zapytałem kiedy wyszliśmy z domu.
- Do Emily. Serio sądziłeś że odpuszczę jej coś takiego? Jeśli tak to się mylisz.

*********************************************************************************
Tym razem niby w niedzielę ale i tak spóźniony. Ten rozdział powinien się pojawić w zeszłym tygodniu. Nie bójcie się, nadrobię to, w środę spodziewajcie się następnego rozdziału.

//ZmarłaBuntoniczka

niedziela, 4 października 2015

Rozdział 3

- Widzę ze zaczyna Ci humor wracać. To zajebiście, Może Kevin ma maryśkę. Jeśli już będziesz mieć w miarę dobry humor, to może nawet dam Ci na raz. Może wtedy na następny dzień nie zaliczysz potwornego BackTrip'a. ( Back- powrót, Trip-wycieczka. BackTrip- chodzi mniej więcej o to że jeśli przesadzi się z np Marihuaną to na następny dzień będzie miał coś na kształt kaca-mordercy tylko 10 razy gorszego. ) A jeżeli zaliczysz to trudno.
- Ja dzisiaj raczej za dużo nie wypiję. Z maryśki raczej też nie skorzystam.
- No skoro nie. Przynajmniej więcej dla nas.


10 minut później.
Stolarnia

Do stolarni od mojego domu  niby jest tylko jakieś 15 minut drogi i to wolnym krokiem, ale i tak mnie napierdalają nogi.
- No wreszcie.- Wyszeptałam przez zęby. Byliśmy już na miejscu. David oczywiście musiał wparować od razu. Ani nie zapukał, ani nic. No nie żebym ja to zrobiła, no ale ja bym przynajmniej sprawdziła czy ktoś w środku się nie rucha. A on nic. Na luziku wbiegł sobie. I tak cud że pamiętał jak się klamkę otwiera. Za to nie pamiętał czegoś innego. Tam są dwie pary drzwi. Jedne otwiera się pchając, a drugie ciągnąć.

Z pierwszymi poradził sobie na piątkę z plusem, a z drugimi na szóstkę. Po prostu swoim tępym łbem wybił dziurę.


Wreszcie weszłam. W środku panował taki dosyć ''mroczny'' klimat. Pewnie za sprawą czarno-czerwonych ścian. Pod sufitem wisiały ciężkie łańcuchy, na niektórych były poprzyczepiane metalowe kłódki na których, zapewne korektorem, były napisane logo Anarchii. Właściwie stolarnia to był jego pokój. Miał tam swoje wielkie łóżko, które było zaścielone tylko kiedy kiedy spodziewał się ruchanka. A okrzyknięte to pomieszczenie zostało stolarnią, ponieważ Kevin kiedyś marzył żeby zostać stolarzem. I stąd to się wzięło. Stolarnia Kevin'a. Tam są najlepsze imprezki.

- Tak. - Powiedział, a my przecież nie zdążyliśmy się nic spytać. - Piję z Wami.
- Może jednak męska intuicja istnieje?- Zadałam pytanie retoryczne. Oni popatrzyli po sobie. - Aha. Wiecie co znaczy intuicja?- Znowu popatrzyli się na siebie, później na mnie z największym zdziwiem w oczach, jakie tylko mogli wyrazić.
- Nie, nie wiemy. Byłabyś taka łaskawa? - Chciał żartować David, jednak nikt nie podjął dalej żartu. Okazał lekki bólwers.
- Nie. Nie będę Wam tłumaczyć. Zapytajcie ciocię wikipedie.
- Jak? Kurwa , jak? Internet mi odłączyli. Kurwa no. Stwierdzili że dopóki nie zacznę robić zadań domowych, to nie będzie internetu. A ja robię bunta i w ogóle nie chodzę do szkoły. I co najlepsze oni myślą że tam chodzę, a tak na prawdę chleję cały dzień.
- No nie ważne. Zaczynamy chlać? Mam ochotę się najebać.- Aż sama nie wierzę że to powiedziałam.
- No, dobra. Ja jak zwykl przygotowany. - Sięgnął ręką do szuflady. Chwilę w niej pogrzebał i wydobył 3 jabole. Jak ja go kocham. Alko za darmo. Normalnie spełnienie moich najskrytszych i najmniej realnych marzeń.

Każdy dostał po jednym i zaczęliśmy pić. Po przekroczeniu połowy butelek zaczęliśmy grać w butelkę. Oczywiście nie mogło się odbyć bez lizania się, ściągania skarpetek i, najbardziej oczywiste, imitowania odgłosów wydawanych podczas bardzo, bardzo miłej i tak samo bardzo, bardzo upojnej nocy. Czyli po prostu odgłosów seksu. Swoją drogą, chłopakom chyba dosyć mocno stanął podczas tego udawania. Kiedy pytania i wyzwania się skończyły najpierw David a później Kevin poszli do łazienki i siedzieli tam dosyć długo, a za drzwi wydobywały się ledwo słyszalne pojękiwania i wyraźnie szybsze oddechy. Czy tylko mnie to nie podnieciło? Czy tylko mnie to bardzo zażenowało, pomimo że byłam już wstawiona? Ze mną jest coś chyba nie tak jak powinno.


Po całej butelce wspólnie stwierdziliśmy że jednak nie trzeba nam więcej procentów. Jednak nasz plan zniweczył, nikt inny, jak Kevin który spod łóżeczka wyciągnął piękną butelkę Amareny. Każdy podał swoją starą butelkę i właściciel ''lokalu'' porozlewał. Oczywiście sobie przypadkiem ( bo jak inaczej?) nalał najwięcej.


Po następnych piętnastu minutach leżeliśmy. Dosłownie leżeliśmy. Na podłodze. Ciekawe ile ta podłoga pawi przeżyła?  Po jakimś czasie zasnęłam. Chłopaki chyba też, chociaż nie jestem pewna. Przez całą noc coś mnie budziło. Jakieś podejrzane odgłosy. Chociaż równie dobrze to mogła być tylko moja wyobraźnia, a oni tam spokojnie leżeli. No nie wiem.


Rano obudziliśmy się prawie równo. Najpierw obudził się Kevin i obudził nas sprawdzając czy żyjemy. Żyliśmy.
- Ej, sorka chłopaki. Ja już idę. - Odziwo nie miałam tak wielkiego kaca jakiego się spodziewałam. Chłopaków też chyba za mocno nie chwyciło. Wstali i nawet nie chwili się bardziej niż zwykle. Tak, zgadza się. Oni mają problemy z tzn grawitacją. Za bardzo ich przyciąga do siebie. Zakochała się, no  co można na to poradzić? A tak bardziej na serio to po prostu jak wstają, ich mózgi działają jeszcze gorzej niż zwykle. Ich ośrodek równowagi sam nie bardzo może jeszcze złapać równowagę.
- To cześć. - Wykrzyknęli chórkiem.
- Jak coś to dzwoń. Odbiorę na pewno. - Wyszeptał mi do ucha ,
- Ok, będę pamiętać. Cześć


Im bliżej byłam domu, tym bardziej się bałam. To chyba wiadome czego? Miałam nadzieję że akurat śpi i przemknę do pokoju nie zauważona.


Doszłam do domu. W sumie nie wiem czy mogę nadal to miejsce nazywać domem. Po takich rzeczach które mi się tak wydarzyły? No nie wiem.


Weszłam. Ojca chyba nie ma. Albo jest u siebie. W tym momencie podjęłam jedną bardzo ważną decyzje. Być może miała ona zmienić moje życie?

*********************************************************************************
Dodałam. I to nawet w czasie. *Brava* Mam nadzieję że się spodoba. Tym razem nawet też troszeczkę dłuższy niż ostatnio.

//ZmarłaBuntoniczka